Teatr Wielki robią w Cigacicach nad Odrą

Posted by on May 26, 2009

IMG_4459Aktorzy amatorzy grają niemal jak profesjonaliści. I nic dziwnego. Uczy ich Darek Kamys, ten z kabaretu Potem. – W Cigacicach on już jest swój – mówią. Za dwie godziny w zborze ariańskim w Sulechowie przedstawienie. Zaprasza Teatr Wielki z Cigacic. Aktorki są już w garderobie. Okazuje się, że Halina zapomniała spódnicy. Kombinują – a może weźmiesz moją, a może jedź z Arlettą, a zadzwoń do męża, niech przywiezie. Jak nie znajdzie, to jedź sama.

Do występu godzina, a Halina nadal w spodniach! W końcu jedzie. Do Arletty na komórkę dzwoni Zbyszek, mąż Haliny. – No stoi w samych rajstopach i nie wie, co robić – mówi do słuchawki, ale śmieje się do koleżanek. Panie idą sprawdzić, jak wygląda scena. A tam na środku tablica “Lubuski Przegląd Piosenki Młodzieżowej”. No ręce opadają! – Dobrze, że przynajmniej młodzieżowej – mówi któraś.

Do ekipy dołącza wreszcie Dariusz “Kamol” Kamys, reżyser, niegdyś lider kabaretu Potem, dziś Hrabi. – Jeszcze 15 min temu nie miałem pianisty. Ale Łukasz, nasz muzyk kabaretowy, miał litość i przyjedzie – mówi mi na dzień dobry.

Można zapomnieć o pianiście?

– Można. On nie jest najważniejszy, ale robi tzw. tusz. Jak widz ma wątpliwość, czy spektakl się już skończył, to pianista mu to uświadamia – żartuje Kamys.

Zapomniał też o piernikach-serduszkach, które są mu potrzebne na początku sztuki. Na szczęście w pobliżu jest spożywczak.

Teatr Wielki i mały plac zabaw

Historia amatorów znad Odry jest banalna. Cztery lata temu nauczycielki z podstawówki wymyśliły, że zrobią przedstawienie dla dzieci. Kamol mieszkał już w Cigacicach. Znany człowiek telewizji, więc zapukały po pomoc. – Przylazłem na próbę i już zostałem. Pierwsza była “Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”. Premiera była u nas w szkole. Podobało się i dzieciom, i dorosłym. A aktorzy nabrali chęci na następne sztuki – opowiada Kamys.

Kolejny projekt miał być dla zabawy. Tym razem dla dorosłych i według dawnych scenariuszy kabaretu Potem. Większość tekstów napisał Władek Sikora, ojciec chrzestny Zielonogórskiego Zagłębia Kabaretowego. W grupie Kamys miał już ponad 20 osób. Zawody wymienia, jakby czytał z kartki: nauczycielki, dyrektorka szkoły, pracownik sądu, kierownik warsztatu samochodowego, konserwator maszyn, kamieniarz, właściciel pubu. O wiek nie pytał, ale jest w ekipie kilka siwych głów. Sam czuje się wśród cigaciczan jak swojak. To właśnie dzięki teatrowi stał się tubylcem. Nikt już go nie odbiera jako “tego z kabaretu, co wygłupia się w telewizji”. Czasem tylko szlag go trafia, jak wraca z trasy, a tu Marzena woła jeszcze na wieczorną próbę.

Grali już “Bajki dla potłuczonych”, “Różne takie story”, czyli szlagiery Potemowców. Od marca do repertuaru dopisują “Miłość potrafi zaskoczyć”. – Są dorośli, a czasem zachowują się jak młodzi. Wygłupiają się, żeby coś powiedzieć, trzeba ich przekrzyczeć. Ale próby to nie tylko gra, to też spotkania towarzyskie. Premiery to dla nas święto. Na pierwszym pokazie zawsze się wzruszam. Oni już naprawdę świadomie grają. Widzę u nich zaczątki profesjonalizmu – opowiada Kamys.

Premiera “Miłości” była jak zwykle w Cigacicach. W sali lustrzanej w szkole zebrało się tylu ludzi, że trzeba było grać dwa razy. Sprzedali 250 biletów. Pieniądze poszły na remont w szkole. Dochód z przedstawienia w sulechowskim zborze przeznaczyli na budowę placu zabaw.

Nazwa teatru narodziła się dopiero po pierwszym czy drugim spektaklu. Kamol w radiu chlapnął, że ich teatr to Teatr Wielki. Wszystkim się spodobało. – Ta wielkość nie ma nic wspólnego z kubaturą naszej sali – śmieje się kabareciarz.

Idée fixe Romana

Najstarszy jest Roman Włoch. Ma 62 lata. W pierwszym spektaklu grał krasnala. Jest niski, więc pasował. Kiedy wyszedł na scenę z dwumetrowym kolegą, widownia ryknęła śmiechem. W Cigacicach mieszka od urodzenia. Tata w 1946 r. wrócił z frontu. Cała rodzina – prócz mamy – była na Syberii. Odkąd skończył 16 lat, nic się bez niego w Cigacicach nie dzieje. Najpierw był klub sportowy. Jak przyjechał ktoś z telewizji, to powiedział, że nawet studenci w Warszawie takiego nie mają. Potem była kapela. Ojciec Romana wziął pożyczkę 20 tys. zł, żeby kupić muzykantom instrumenty.

Roman po dwóch zawałach przeszedł na rentę. Prowadzi z synem firmę kamieniarską, a z żoną turystykę wodną w porcie. W 2002 r. ze znajomymi wybudował pierwszy na Odrze port dla małych statków, a rok temu za pieniądze z Unii w Cigacicach powstała porządna przystań. W teatrze zaczął grać, bo go poprosiła Ewa, dyrektor szkoły. – Nie odmawiam. To promocja dla miejscowości. A my musimy budować naszą dumę. Kiedyś Cigacice były kurortem. Mieliśmy 17 restauracji. Powrót Cigacic do świetności to moja idée fixe. Mam multum pomysłów. Jak na coś potrzeba pieniędzy, chodzimy po sponsorach. Dwa lata temu Rockwool dał nam pieniądze na modelarnię. Niedawno rozmawiałem z rektorem PWSZ w Sulechowie. Chcemy zagospodarować stawek za Odrą od strony Zielonej Góry. Studenci mają przygotować projekt w ramach pracy licencjackiej – wylicza.

Nawet to, że Kamys trafił do Cigacic, to zasługa Romana. Doszło do niego, że Darek szuka domu do kupienia. Szybko coś znalazł. – Cholernie szybko się przyjął. Wszyscy go traktują jak swojego. Bardzo udziela się też w scholi. Z żoną Agnieszką są bardzo wierzący – mówi Roman.

Magda w butach pierwszego gatunku

Dziesięć minut przed spektaklem na widowni w zborze pełnych najwyżej kilka rzędów. Połowa aktorów kwaśnieje, druga połowa śmieje się, że tylko rodzina przyszła. Kamol pociesza: – Szału nie ma, ale nie zawsze liczy się ilość – dodaje otuchy. Od razu robi się weselej.

Darek wychodzi do ludzi: – Zapraszam jak najbliżej. Kto będzie siedział najdalej, ten śmierdzące jajo – rzuca do publiczności. W końcu sala zapełnia się prawie w połowie.

Marzena ma taką tremę, że czuje ból w żołądku. Arletta co rusz poprawia różową perukę. W ręku ma taśmę klejącą, którą w skeczu zaklei sobie buzię. Najbardziej w oczy rzuca się Magda, urzędniczka. Ma czerwone grube rajstopy i jaskrawozielone lakierki na koturnach. Podnosi stopę i pokazuje podeszwę. Pierwszy gatunek. Na drugim cena – 59 zł. Kupiła je specjalnie na spektakl. Iwona zachwyca skrzydłami z prawdziwych białych piór. Pożyczyła je od córki.

Jeszcze tylko łączą dłonie w jeden koszyk, jak sportowcy przed meczem. Kamys w końcu daje znak do startu. Tłumaczy widzom, że spektakl jest o miłości. A miłość to konkret. Na przykład szaszłyk – jak te dwa piernikowe serca nabite na patyczek.

Ewa raz wciela się w fatalną uwodzicielkę, raz w pechową starą pannę. Ania z siłą puzonu ryczy na męża, który wraca po trzech latach do domu. Marek wdzięczy się do dziewicy, którą gra… ciężarna.

Wpadek właściwie nie ma. Tylko raz, jak Roman nie zdążył się przebrać, Darek musiał wyleźć na scenę, żeby zagadać publiczność.

Po spektaklu ściągnięty w ostatniej chwili pianista z kabaretu zachwyca się. Każdemu przybija piątkę. A aktorzy? Jeden musi jutro wcześnie wstać, drugi ma do sprawdzenia klasówki, kto inny śpieszy się do dziecka.

Po kilku minutach w zborze już nikogo nie ma.

Źródło: Gazeta Wyborcza Zielona Góra

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress